Urban Panic

 

 

Mamy nową grę „Urban Panic” – muszę napisać o niej kilka słów, ponieważ narobiła nam niezłego zamieszania.

Spotkaliśmy się w czwórkę, żeby przetestować kilka nowości. Gra „Urban Panic” znalazła się na stole jako druga. Wszyscy czytaliśmy wcześniej instrukcję, więc w celu przypomnienia powtórzyliśmy zasady i zaczęliśmy. . .

Już na starcie okazało się, że ułożenie drewnianych kostek na torze punktacji jest nie lada wyzwaniem. Raz po raz musieliśmy podliczać punkty ponownie, ponieważ znaczniki rozjeżdżały się nam jak na lodowisku. Chyba ręka za bardzo mi się trzęsła – później się dowiedziałam, że należało najpierw coś wypić i byłoby lepiej Smile. Co nie zmienia faktu, że nie graliśmy w wariant imprezowy.

Po kilku turach jeden z graczy doprowadził do sytuacji totalnego zawieszenia - nie było możliwości wykonania ruchu bez złamania zasad, aczkolwiek odbyło się to zgodnie z regułami. A co najlepsze, instrukcja w ogóle nie przewidziała takiej opcji, przez co znaleźliśmy się w ślepej uliczce. Wykonaliśmy telefon do „przyjaciela”, czyli pracownika z wydawnictwa tej gry i usłyszeliśmy, że „tylko słaby gracz doprowadzi do takiej sytuacji” (przezabawne, po prostu boki zrywać Smile), a tak na serio to przy testach tej gry nie doszło do takiej sytuacji. Daliśmy sobie szansę wymiany kafelka i graliśmy dalej. W trakcie gry trochę się borykaliśmy z bieżącym przyznawaniem punktów: do przodu o 2, do tyłu o 1, pilnując się jednocześnie, żeby nie strącić innych kostek i nie zdemolować torów punktacji. Dotrwaliśmy do końca i dopiero tutaj zaczęła się akcja. Prawie posikaliśmy się ze śmiechu. Wtedy zrozumieliśmy ciężar zdobywanych punktów karnych i okazało się, że jeden z graczy ma ich „tylko” 69 za zły stosunek miejsc pracy do ilości mieszkańców. Poniżej ilustrujący to fragment z instrukcji:


Każdy gracz sprawdza, czy jego liczba mieszkańców nie przekracza liczby miejsc pracy. Za każdy punkt przekroczenia gracz otrzymuje 3 punkty karne. Jeżeli ma więcej miejsc pracy niż mieszkańców, cofa swój znacznik na torze punktacji miejsc pracy, tak by zrównał się ze znacznikiem mieszkańców. Znacznik dochodu należy cofnąć o tyle samo pól.

 

 

Proste, prawda? No i na koniec zabrakło nam kalkulatorów i samozaparcia do podliczania tych ujemnych punktów i reszty z pięciu wskaźników. Dawno tak nie ubawiliśmy się przy rozgrywce. Pierwsze wrażenie: totalna klapa przy tak dobrze zapowiadającej się gierce.

Oczywiście nie skreśliliśmy tej gry po jednej rozgrywce, dlatego następnego dnia usiedliśmy ponownie, ale tylko w 2 osoby. I co się okazało – gra w tym wariancie była całkiem ciekawa, szła płynnie, liczenie i zaznaczanie punktów nie stanowiło problemów. Byliśmy również bardziej świadomi, na czym się koncentrować. Raczej logiczne jest dbanie, żeby w naszym mieście była odpowiednia ilość mieszkańców i miejsc pracy. Pilnowanie poziomu ekologii oraz zadowolenia mieszkańców doda nam kilka fajnych punktów i nie będzie ograniczać naszych inwestycji. Jednak jak tu jeszcze na tym wszystkim zarobić i mieć wysoki dochód miasta? I to jest właśnie klimacik tej gry. Dbanie o wskaźniki, budowanie ładnego miasta, aby dało się przejść z każdego miejsca do jego centrum.

Jestem pewna, że jeszcze zagramy w tę pozycję.

 

Beata